Targi książki nie mają sensu (ale są urokliwe)

Warszawskie Targi Książki – byliśmy, zobaczyliśmy i mamy zupełnie odmienne wrażenia. Ja pojechałem po raz pierwszy. Angela jeździ od 5 lat, czyli była tam, zanim dali jej dowód osobisty i pozwolili kupować alkohol w sklepie.

Tomek: Książki w Warszawie. Książki w Krakowie. W Poznaniu, Wrocławiu, Białymstoku, Opolu, Szczecinie, Gdańsku, Gdyni. Targi, festiwale; międzynarodowe, europejskie i lokalne. Każda z okazji wypełniona dodatkowymi atrakcjami – można kogoś posłuchać, w coś pograć, no i kupić zdecydowanie zbyt drogi prowiant.

Krótko mówiąc, w naszym nieczytającym kraju mamy oto święto książki. Wysyp takich świąt.

Angela skusiła mnie na wyjazd na Warszawskie Targi Książki, czyli największą imprezę tego typu. Miałem poczuć tę unikalną atmosferę, zobaczyć ciekawych ludzi i być może obkupić się w nowościach.

Wiecie, co faktycznie zobaczyłem?

– Pychę. Pompę, zadęcie, kult sukcesu. Można powiedzieć – co w tym dziwnego? Stoisko kosztuje, a miejsce wykupią ludzie, którzy chcą się pokazać. A skoro już się pokazują, to od najlepszej strony (we własnej ocenie). Kiedy jednak zebrać to nastawienie do kupy i zamknąć na przestrzeni jednego stadionu, wychodzi zbiorowy sygnał „to ja jestem najlepszy”. Na mnie patrz! Robi się to męczące, kiedy wszyscy, dosłownie wszyscy mają do zaoferowania ten sam towar.

– Pustkę. Dokładniej: pustkę sensu. Targi to wydmuszka. Najważniejsze są tam wydawnictwa, które płacą za ten cyrk, więc ustawiają go pod siebie. To nie jest święto książek, ani czytelników, ani nawet autorów – to święto handlu książką. Jedziesz tam, żeby podziwiać, jak kwitnie rynek dla największych wydawców. No i oczywiście kupić nowości. Z autografem, jeśli się da. Niby można kogoś posłuchać, ale zawsze tego, kto przyjechał coś wypromować. Niby można coś zobaczyć, ale zwykle jakąś reklamę. Niby chodzi o książki, a jednak o kasę.

– Jarmarczność. Chcę być uczciwy, więc powiem wprost: kilka stoisk przykuło moją uwagę, a wszystkich prelekcji nie miałbym szans obejrzeć, nawet gdybym chciał. Nie mogę więc podpinać wszystkiego pod hasło „jarmarku” – ale jednocześnie to słowo ciśnie mi się na usta, kiedy mam ogólnie podsumować swoje doświadczenie. Wielkie i wspaniałe targi w Warszawie to taka sama hucpa jak Święto Pyzy w Babach Małych. Atrakcji mnóstwo, ale większość wyłącznie po to, aby zaspokoić czyjąś próżność, albo wcisnąć coś ekstra na boku. Główna różnica, że „coś ekstra” to tym razem nie kiełbasa i piwo, tylko książka.

– Nerdozę. Wielu ludzi chodzi na targi, aby spotkać się z grupą myślących podobnie dziwaków. Kumam to. Ba, popieram. Robi się jednak smutno, kiedy dziwaki zaczynają licytować się na to, kto jest większym fanem, kto lepiej zna materiał, kto przeczytał więcej. Powstaje wtedy kółeczko wzajemnej adoracji, czyli twór, w którym nie biorę udziału od liceum. Jeśli jesteś dziwakiem – zrzeszaj się i gadaj o swoich fascynacjach. Ale nie licz, że na targach znajdziesz najlepszą atmosferę do nawiązania szczerych kontaktów. Równie dobrze możesz trafić na ludzi, którzy chcą sobie podładować ego wspólnym klepaniem po pleckach.

Ale ogólnie…

Angela: Czasami warto się na nich zjawić. Chociaż raz do roku. Hobbystycznie. Powodów możecie znaleźć kilka, zwłaszcza jeżeli w maju czy w październiku wasza książka nie ukazała się drukiem któregoś z wystawionych tam wydawnictw. A przynajmniej ja Wam je znajdę.

Przede wszystkim – ludzie. Społeczność piszących i czytających ludzi, którzy uśmiechają się na widok wyczekanego egzemplarza książki, niekoniecznie swojej. Bardzo często targi to jedyny moment w roku, w którym zjeżdżamy w jedno miejsce, by porozmawiać, napić się piwa i pobyć trochę wśród ludzi, których od wielu lat znałeś lub znałaś, ale nigdy nie było okazji, by ich spotkać na żywo. Bo tu rodzina, tu dziecko, tam pies czy rybka. Targi książek to jednak takie wydarzenie, na które i tak w końcu trafisz. Powód nie do zignorowania! A że ludzi lubimy, tym chętniej chcemy się z nimi zobaczyć. I jasne, jak wspomina Tomek, czasami zbiera się wokół nas grupka osób, z którymi rozmawiać nie do końca chcemy. Ale czasami warto porozmawiać z kimś kilka, kilkanaście minut. Nigdy nie wiemy, co z tego wyniknie, prawda? Czy to nie jest tak, że życie i wszechświat pisze najdziwniejsze scenariusze?

Kolejna rzecz – wspólne spacerowanie dookoła stadionu (w przypadku majowych targów). Nie wiem, jak wy, ale ja to robię od kilku lat. Grupa osób, znanych bardziej lub mniej, rozgląda się po stoiskach i – nieważne co by się robiło! – i tak ich w końcu zgubisz na prostej. Prostej, ale tłumnej. Tłum przechodniów szybko wchłania członków stada i wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa zabawa w poszukiwanie, chociażby, swojej połówki.

Jeżeli zaś nie kręcą Cię ludzie, na pewno będzie kręcił Cię klimat. Jasne, zgadzam się z Tomkiem w tym aspekcie kultu hajsu. Ale co powiesz na to, że – przymykając na klimat oko – łatwo się wciągnąć w nurt wyszukiwania nowości wydawniczych? Idąc na targi samemu lub mając chwilę dla siebie, możesz spokojnie zapoznać się z ofertą wydawnictw. Tych bardziej i mniej znanych. Wystarczy przejrzeć kilka tytułów, przeczytać tekst na tyle okładki, a nawet porozmawiać z wydawnictwami. Coraz większa ilość moich znajomych właśnie to robi. Chodzi ze swoimi materiałami odnośnie książki i pyta, pyta, pyta. Bo targi to ku temu idealna okazja, jeżeli jesteś na tyle odważny lub odważna, by u źródła znaleźć odpowiedzi na nurtujące cię pytania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry