Przepraszam, zgrzeszyłam hipokryzją. O minimalizmie, w który wpadłam

Przepych. Dużo rzeczy, najwięcej do kuchni. Przeświadczenie, że skoro sporo zarabiam, to mogę mieć czego dusza zapragnie – w każdej chwili i o każdym czasie. Z takim myśleniem żyłam dwa lata. Na czym się ono skończyło?

Na czwartej przeprowadzce w ciągu około pół roku. Dzisiaj trzasnęłam wszystkim – mentalnie, rzecz jasna – o podłogę. Chciałam wyć, zawinąć w wory rzeczy, które mam, a którym trzeba byłoby postawić osobny, 100 metrowy dom. Chciałam uciec od posiadania.

A jeszcze kilka lat temu rzeczy zupełnie mi nie przeszkadzały. Ba, cieszyłam się wściekle, że mam tyle, ile chcę, a nie tyle – ile potrzebuję.

Czego naprawdę potrzebuję?

To pytanie przyszło do mnie się nagle. Brzmi banalnie, bo ludzie zadają je sobie często. Ja miałam na nie zgrabną odpowiedź – lubię wiele rzeczy i chcę wiele rzeczy posiadać. Jeszcze miesiąc temu taka ilość rzeczy zapewniała mi poczucie, że mogę cały swój dom przenieść za pomocą kilku, kilkunastu pudeł – w innym miejscu też będę czuła się dobrze. Nawet wtedy, kiedy z docelowego domu mnie wyrzucają, kiedy kończy się związek, kiedy wyszłam z rodzinnego domu. Rzeczy dawały mi pewność, że mam coś swojego. I nikt mi tego nie odbierze, bo nie może.

A tak naprawdę… To mnie więzi. W pewnym sensie zatrzymuje. Nie pozwala podróżować pociągiem, przeprowadzać się, mając w ręku tylko sporą walizkę, plecak, torebkę i psa. Same moje książki to tysiąc sztuk, które ledwo zmieszczą się w busie. A to dopiero początek wyliczanki.

Minimalizm to już nie moda – a konieczność

Przyznaję się więc do pewnej hipokryzji. Jeszcze dosłownie chwilę temu śmiałam się z blogerek-minimalistek, z ludzi, którzy mają bardzo niewiele i się z tego cieszą. Ich domy są nieco puste – bez pierdół, bez ogromnej ilości książek, bez zbieraczy kurzu. Nie podobało mi się to. Taki minimalizm wydawał mi się wymuszony. Wszędzie biel, poukładane drewniane zabawki, do tego styl skandynawski (bo w nim tak trochę pusto i przestrzennie, tylko żywe, cięte kwiaty). A u mnie – chaos? Tak, grat na gracie, szaleństwo.

Teraz jednak męczące.

Pytanie – jak uwolnić się od rzeczy?

Nigdy tego do końca nie zrobię. To wiem na pewno. Posiadanie to możliwość życia w pięknym domu wypełnionym energią. Moja pasja, zbieractwo, polega właśnie na posiadaniu. Uwielbiam bowiem cholernie drogie lalki – ball-jointed dolls, które kosztują nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych (i nie, na takie mnie nie stać). Uwielbiam posiadać do nich ubranka, wigi (peruki), dodatkowe pary oczu. Lubię mieć gdzie je składować – na przykład w pięknej witrynie, w której aż tak nie będą się kurzyć. Kocham na nie patrzeć. Podziwiać lalki, podobne ludziom, ale jednak nadal rzeczy, które wypełniają przestrzenie.

Tylko można się ograniczyć. W ładnej, praktycznej komodzie ułożyć lalki, na niższą półkę postawić książki. Pozbyć się tylu rzeczy do kuchni. Bo czy na pewno potrzebuję tylu mikserów? Czy nie starczy jeden – ręczny, za pomocą którego zrobię zupę-krem i ubiję białka do pysznego, letniego biszkoptu? A po co mi tyle ubrań? W leśnej dziczy, do której jadę, przyda się kilka zaledwie kompletów – nie setka śmiesznych koszulek, których mam na pęczki, bo były tanie i w moim stylu. Powoli doceniam droższe rzeczy, których ma się kilka – nie kilkanaście. One przetrwają dłużej. Przy odrobinie kreatywności można wykorzystać wiele przedmiotów, które się aktualnie posiada. I to zamierzam zrobić.

Zmienić coś za pomocą własnej głowy, własnego wyboru, własnej pomysłowości. Ograniczyć bezmyślne kupowanie. Wykorzystać maksymalnie materiały znalezione w domu. Przygotowywać wiele rzeczy ręcznie – co tylko się da. To daje niezapomnianą frajdę, dużo lepszą niż kompulsywne zakupy. W końcu własnoręcznie robione rzeczy wracają do łask. Chętnie w tę modę się rzucę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry