Opowieści smolnickie #1. A nad jeziorem straszy!

Mieszkamy w Smolnikach, wsi utopionej w sercu Borów Tucholskich, blisko rzeki Wdy i nad Jeziorem Smolnickim. To, zwłaszcza latem, niesamowicie urocza i zapierająca dech w piersiach przestrzeń. O ile nie decydujemy się mieszkać tutaj przez cały rok – zimą okolice polecamy miłośnikom odludzi i horrorów.

Nasz drewniany domek znajduje się blisko wody, ale jednocześnie nie mamy dobrego widoku na jezioro. Po przejściu kilkuset metrów za sąsiadami, schodzimy na bardzo prowizoryczne molo, zbudowane z wszystkiego, co było pod ręką. A więc ostrożnie stąpamy po metalowych kratach, robiących za kładkę. Dla złudnego bezpieczeństwa trzymamy się wbitych na rympał drewnianych pieńków. Siadamy na ławeczce, jednej z dwóch, czując, jak dryfujące molo niebezpiecznie przegina się w jedną stronę. Ale kiedy człowiek już tak siedzi, wszystko się w końcu uspokaja. W końcu można patrzeć przed siebie.

Latem i jesienią jezioro okupują ptaki. Ryby co jakiś czas marszczą taflę wody, podobnie jak łódki rybaków. Jeszcze kilka tygodni temu myślałam, że choć czuję się tu dziwnie, to w sumie nie ma się czego bać – w końcu to tylko woda.

Ależ byłam w błędzie!

Sprawa smolnickiego jeziora wyszła na jaw, kiedy sąsiad podrzucał nas do miasta. Opowiedział wtedy odrobinę o historii naszej wsi i o rzeczach, z których może wyjść naprawdę świetna powieść kryminalno-fantastyczna, a może i horror. Przede wszystkim, zaczął mówić o jeziorze.

– No bo czemu się w nim nikt nie kąpie? – zapytałam, próbując od miesięcy zrozumieć, dlaczego nikt nie chciał nigdy zrobić tutaj pięknej plaży z kąpieliskiem, jak w wielu wioskach wokoło.

– Kąpie? Tu jest półtora metra wody i siedem metrów mułu!

Wow. Tylko tyle byłam w stanie wydusić. Wlepiłam oczy, jak zwykle, kiedy nie prowadzę, w na wpół śpiący już z zimna las. Siedem metrów mułu. Przecież!…

– Tam się idzie potopić – kontynuował sąsiad. – Ile osób tam wpadło i już nie wyszło! A ile historii tu się działo we wsi, o Boże!

No właśnie. Historie. Tomek miał niespotykaną okazję, aby mieszkać tu już trzy lata, ja jestem tu dopiero od połowy roku. Ale pomimo tego wielokrotnie w okolicy domu, jeziora czy w lasach można doświadczyć dziwacznych wrażeń, omamów, iluzji… Okey, to tak naprawdę iluzje nie są, a faktycznie, parapsychologiczne zjawiska. Nie będziemy wam wciskać kitu od początku, dlatego… wiemy już, dlaczego tak wiele zjawisk ma tu w ogóle miejsce.

A jest ich kilka. Można widzieć wiele różnych osób, które stoją w sporym oddaleniu, a potem znikają za drzewem. Można usłyszeć śmiechy rodzin, dzieci, chociaż najbliższy dom wypełniony dzieciakami jest po drugiej stronie rzeki. Można zachwycić się pięknem natury w jasny, ciepły dzień, a jednocześnie czuć niepokojące dreszcze. Że ktoś za nami stoi. Że ktoś do nas idzie. Oczywiście, kiedy się odwracamy, nie zobaczymy nikogo.

Ludzie tutaj zwariowali

Kolejną ciekawą informacją są opowieści o jednym z sąsiadów, który mieszka bardziej przy rzece. Za jego domem zaczyna się las, do którego średnio chce nam się wchodzić – ze względu na jego „straszność”.

Według opowieści, sąsiad ten miał brata, który, kiedy był jeszcze dzieckiem, wyszedł z domu wieczorem i już nie wrócił. Ludzie długo go szukali, ale do tej pory nie udało się znaleźć nawet ciała. Z żoną sprawa była nieco inna – bo po prostu postradała rozum. Którejś zimy pobiegła przez pola nad rzekę, przebiegła po zamarzniętej tafli rzeki Wdy i stanęła na drugim brzegu w nocnej koszuli. Podobno czegoś rozpaczliwie szukała. Czego? Do tej pory nikt nie wie.

Ci, którzy śmieją się z takich historii, powiedzą, że to wszystko przypadki. Ot, dzieci lubią się bawić nad wodą, chłopczyka wciągnęły błota. A kobieta była chora psychicznie, zapewne od jakiegoś czasu – to się zdarza. Sęk w tym, że tutaj po prostu bywa dziwnie. Nie tylko słyszymy historie – doświadczamy tej dziwności osobiście. Ale o tym opowiemy w kolejnym wpisie.

Na zakończenie jeszcze jedna historia, z innego źródła. Otóż, w dawnych czasach we wsi mieszkała wiedźma. Jak każda wiedźma, robiła dziwne rzeczy, burzyła spokój i ogólnie nie pasowała. No i jak wiele wiedźm, naraziła się wreszcie komuś ważnemu, prawdopodobnie księdzu. Były to czasy przed elektryfikacją, a więc ciemne, mroczne i pełne obaw o to, czy coś złego nie wyskoczy z krzaka. Łatwo było księdzu przekonać ludzi, że nasza wiedźma to zło wcielone, że jeśli są jakieś kłopoty, to musowo przez nią – a więc że bez niej będzie lepiej. Tak nakręceni, chłopi poszli po biedną kobietę, złapali i ją, i jej mężczyznę, po czym spalili oboje.

Tak po prostu. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Nikt spoza wioski nawet się nie zainteresował. Człowiek był, nagle go nie ma – i wszyscy żyją sobie dalej, jakby nic się nie stało.

Duch wiedźmy do dzisiaj nie chce pogodzić się z sytuacją – ani z niesprawiedliwością, która się wydarzyła, ani z tym, że nikt się nie przejął. Wędruje po wiosce, objawia się co wrażliwszym w snach, a z rzadka nawet na jawie. Objawia się – i zawsze w jakiś sposób pokazuje, co jej zrobiono. Podobno szepcze też ludziom do ucha myśli o zdradzie i o tym, że nikomu nie można ufać.

Drugi duch, ukochanego, który umarł razem z nią, również do dziś objawia się w okolicy. Jego oczy płoną na czerwono, a jego sylwetka jest czarna lub cienista. Jeśli ktoś go zobaczy i odważy się porozmawiać, zrozumie, że oba duchy wciąż się szukają. Nawiedzają te same miejsca, ale nie potrafią się odnaleźć, ani sobie wzajemnie pomóc.

Na razie z tym was zostawię, bo to na pewno nie ostatni wpis o Smolnikach i okolicy. Mam wrażenie, że historie, których będziemy szukać od nowego roku, pokażą nam zupełnie inny obraz polskich wsi w tych lasach – i szczere? Już nie mogę się doczekać!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry