Opowieść o tym, jak przestałam być ikoną

Jeszcze kilka miesięcy temu wiele dziewczyn znało mnie jako partnerkę A., autorkę pierwszej w Polsce książki dla kobiet nieheteronormatywnych i feministkę. Byłam dość głośna, moje teksty zaś celne. Wpychałam się, gdzie mogłam – bo wtedy tego chciałam.

Kilka miesięcy temu moje życie dosłownie wywróciło się do góry nogami. Ludzie mogą powiedzieć: weź, nie pierdziel. To tylko zmiana partnera życiowego. Tylko z roli, którą mi nadali, weszłam w rolę, którą tym razem nadaję sobie sama.

Kiedy dowiedziałam się – sama o sobie – że mogę pokochać mężczyznę, zaczęłam się bać. Bałam się samej siebie, swoich reakcji. Nie rozumiałam ich – kiedy byłam młodsza, często próbowałam niby związków, pocałunków, seksu, intymności z płcią przeciwną. Nie było w tym nic dziwnego, lubię miłość. To ona mnie napędza. Za każdym razem jednak czułam się z tym niezbyt dobrze, czegoś mi brakowało, a czasem wręcz coś mocno przeszkadzało. Po poznaniu A. miałam wrażenie, że w końcu znalazłam się w domu. Pasowała mi ona – jako człowiek, a o niewielu mogę tak powiedzieć. Pasowało mi, że możemy być razem wbrew światu. Pasowała mi moja homonorma.

Życie lubi zaskakiwać. I to bardzo.

Chociaż z pozoru mój związek miał się świetnie (w social mediach zawsze widać tylko fragment obrazu), tak naprawdę rozsypywałam się od środka. Było nam dobrze przez jakiś czas, albo tylko miejscami, albo na zasadzie „ale”. Rozmawiamy, ale nie mówimy wszystkiego. Słuchamy, ale często się nie rozumiemy. Kochamy się, ale nie akceptujemy w pełni. Jesteśmy wspólnie, ale każde cierpi osobno. Po pewnym czasie związek przypominał zgniłe jabłko i generalnie powinnam dawno z niego uciec. Ale nie uciekałam. Stałam się jego więźniem. Przywiązałam sama siebie do idealnego wizerunku, który widziałam w social mediach, do tego, że inni patrzyli na nas jak na ikony.

Kiedy czytelniczki (oraz czytelnicy, bo i tacy się trafiali!) bloga i powieści zobaczyli, że się rozstałyśmy, nadpłynęła fala komentarzy: ale przecież BYŁYŚCIE IKONAMI. Ikonami związków lesbijskich. Jeśli wręcz nie – ikonami wolności i odwagi.

Nie żebym się kiedykolwiek o to prosiła.

Przez całe życie walczę z akceptacją. Wychodzę poza ramy – nie celowo, nie dla buntu. Po prostu lubię być sobą, muszę być sobą, a to ludzi drażni do tego stopnia, że potrafią skreślić mnie całą. Czasami nie rozumiem, czemu. Choćby te nierealne wymagania: mam być mądra i roztropna jak staruszka, ale jednocześnie szanować czyjąś głupotę, jakbym była naiwnym dzieckiem i wisiała komuś posłuszeństwo. Ludzie chcą, abym pomogła im w niemożliwych problemach, odprawiła istnie czary-mary nad zmarnowanym losem, ale gdy wykroczę poza ich bańkę, zaraz stwierdzają, że na pewno sobie nie poradzę. Nie mam przecież pojęcia o życiu. No nie mam pojęcia, za krótko żyję, świata nie widziałam, nie rozumiem jeszcze, jakie wszystko trudne. Mój wiek to takie przekleństwo. Nawet nie wiecie, jak bardzo marzę o trzydziestych urodzinach. Może wtedy wreszcie skończy się trucie o moim wieku.

W związku z kobietą, owszem, znalazłam siebie. Myślałam, że to właśnie moje wartości, mój świat, więc przy nich trwałam. Do czasu, kiedy zobaczyłam, że aby wydawać społeczny zin, muszę płacić grube tysiące dziewczynom, bo one nie chcą robić za darmo. Pytałam wtedy: ale przecież wiecie, że zin jest niekomercyjny? Że w Polsce zebranie środków na magazyn dla osób niehetero graniczy z cudem? Na te słowa zawsze następowało wzruszenie ramion. Bo, jak pisał poeta, już nic nie zostaje – tylko ten gest.

A po rozpadzie mojego poprzedniego związku pojawił się T. W pewnym momencie zrozumiałam, że mogłabym z nim zrobić to, co zawsze chciałam robić. Że jakoś tak lepiej pasuje do mojej układanki, do mnie – on, jako osoba. Że jestem szczęśliwa, a to poczucie szczęścia towarzyszy mi, nawet gdy on znika. Że nie czuję ulgi, gdy gdzieś jadę i mogę być z dala od niego. Że, kurwa, to uczucie mnie wzmacnia. W momencie, kiedy to wszystko zrozumiałam, jeden z głosów w mojej głowie powiedział: ale halo, ON JEST FACETEM. POWINNAŚ GO SKREŚLIĆ.

No to zamarłam sobie w środeczku.

Strasznie niefajne uczucie. Nie życzę nikomu. Kiedy miłość napada cię znienacka, z najmniej spodziewanego kierunku, a ty myślisz: o ja pieprzę, zlinczują mnie. Zlinczują mnie za to, z kim jestem. I nie zaczynajcie z „nie przejmujemy się innymi”. To kolejny bullshit. Większość tego świata cholernie przejmuje się opinią innych, więc nie będę ukrywać, że ja również.

Bałam się niesprawiedliwości. Bałam się, że ktoś mi wytknie (i faktycznie ktoś mi to wytknął), że staję się zależna od faceta, bo promuję jego twórczość (do której również się przykładam i na której zarabiam, cholera!), że gdzie jest moja mądrość i twórczość, gdzie ja jestem, bo podobno znikam.

Nikt nie wie, ile przez ten rok musiałam zmienić, ile się udało i w jak wielkim natężeniu. Nikt nigdy nie zda sobie sprawy, że poukładanie życia na nowo kosztowało mnie mnóstwo nerwów, łez, niepewności. Ze wszystkim zostałam sama, a więc mogłam na chwilę przestać być mądrą Angie, która zawsze wszystkim pomoże.

Przestałam być ikoną, sorry, bo wyszłam z kolejnej ramy. To trochę jak z bańką, o której pisałam w pierwszym poście. Jest i chwilę później jej nie ma, ale ty się głupio uśmiechasz i mówisz, że życie nadal takie piękne i proste. Naiwność.

Więc może zaczekajmy z oskarżeniami, że znikam. Że mnie nie ma. Że jestem pod kimś.

Jestem z Kimś. A to nowe życie, ten nowy związek, ta nowa miłość – zmieniają mnie na lepsze. To mój cholerny nawóz organiczny, gwałtowny, wiecznie aktywny i z dużą mocą rozpierdolu.

Więc dajcie mi zakwitnąć.

A wtedy zrobię to jak należy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry