Blue Monday, czyli wszystkie rzeczy, które mi się nie udały

Blue Monday, czyli najbardziej depresyjny dzień w roku. Zdarza się podobno raz, właśnie dzisiaj, właśnie w styczniu, właśnie w 2020. Chociaż nowy rok dopiero się rozpoczął, styczeń ledwo ma dwadzieścia dni, my już dawno zapomnieliśmy o Sylwestrze. Przed nami karnawał, opychanie się pączkami i święta Wielkanocne. O ile ich dożyjemy, bo, wiadomo, dzisiaj trzeba biadolić nad życiem.

Z Tomkiem mamy tendencję do mówienia: co by było gdyby. Czasami zdarza mi się na przeszłość narzekać za bardzo, a to w końcu okres w naszym życiu, którego nie da się zmienić – chociażby człowiek bardzo tego pragnął. Tymczasem warto się zastanowić, czy nie musimy popracować nad przyszłością. A nie rzucać się w objęcia rozpaczy, bo pięć, dziesięć lat temu lub miesiąc temu popełniliśmy błąd. Pytanie warto zadać sobie inne: jak to w ogóle naprawić? I czy warto?

Ludzie nie lubią ani rachunków sumienia, ani postanowień noworocznych

Kiedy dwadzieścia dni temu czytałam wiele wpisów i komentarzy na temat postanowień noworocznych, miałam takie uczucie, że mało dbamy o nasze marzenia. Większość osób rzuciła hipsterskim: postanowienia są dla słabych lub stwierdziła, że takowych robić nie zamierzają – bo i tak się nie sprawdzą. Część tylko wspomniała o samorozwoju, część zarzuciła temat diet i zdrowego trybu życia. Nawet na grupach pisarskich, postanowienia były ogólne: napiszę książkę, może ją wydam. No, z takim podejściem to my daleko nie zajdziemy.

Bez postanowień i jednocześnie rachunku sumienia, również stałabym w miejscu. Nie mogłabym prowadzić firmy z serca lasu, z drewnianej chatki. Może byłabym w stanie jakoś tam egzystować. Ale „jakoś tam” nigdy nie robiło na mnie wrażenia. W Blue Monday, jak i w ogóle w nowym roku, mam tendencję bowiem nie tylko do planowania, ale również do samobiczowania – bo olałam wiele zaplanowanych rzeczy, jeszcze na początku 2019 roku. Teraz tego po części żałuję, a po części uwielbiam efekt, jaki dały mi wybory w poprzednich miesiącach.

Jak zrobić rachunek sumienia?

Rachunek sumienia nie ma nas pogrążać – to po pierwsze. Po drugie, jest swego rodzaju zapiskiem, który pokazuje, nad czym musimy popracować. Jakie były nasze marzenia w poprzednich miesiącach? Co się zmieniło? I najważniejsze – dlaczego się zmieniło. Podsumowania miesięczne czy roczne, a nawet tygodniowe są właśnie po to. By stawić czoła rzeczom, które się nie udały. Nie spychać je do wiecznej krainy: no ale takie życie lub nie miałam czasu.

Ja w swoim życiu wiele takich rzeczy zepchnęłam. Chociażby pisanie książki czy wydanie powieści, która znalazła przy pierwszym tomie zainteresowanie czytelniczek. Zwlekałam z wieloma projektami, wkurzając się, że nikt mnie nie chce wydać lub że praca nie pozwala mi pisać powieści. Wiedziałam, że w końcu sama sobie jestem szefem (byłam wtedy freelancerem), że mogę tak podzielić zlecenia, iż pisanie artystyczne nie powinno stanowić problemu.

I jestem zła, że w tamtym roku nie napisałam ANI JEDNEJ książki. A teraz? Mam zamiar napisać przynajmniej trzy. Z dobrych wiadomości mam taką, że dzięki postanowieniom mam już napisane 100 tysięcy pierwszej z nich i 60 tysięcy drugiej. Fajnie, prawda?

Jak zaplanować rzeczy, które się udadzą?

Tylko że takich rzeczy nie da się planować. W najbardziej depresyjnym dniu roku łapię planner, pomalowany przez Tomka i działam. Planuję, ile mogę i co mogę. W każdy dzień roboczy wpisuję: napisać od 10-20 tysięcy nowej powieści – a najchętniej cały rozdział. Nie pozwalam sobie na odpoczynek, chyba że mój mózg jest totalnie wypisany. Czyli nie napiszę nic dobrego, bo moi bohaterowie postanowili iść gdzieś indziej, byleby nie siedzieć w mojej głowie.

Z drugiej strony nie daję się depresji – chociaż nie ma zimy, planuję nieco romantyczny, intensywny wypad w środę do Gdyni, by zobaczyć morze po dwóch latach i zrobić sobie aż trzy nowe dziary. Odrywam się od życia w środku tygodnia, by zrobić sobie przyjemność. Nie do końca bez okazji, bo zarobiłam na to w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Ale niecelowo zobaczę morze wraz z Tomkiem – i bardzo będzie mnie to cieszyć. Ot, drobinki szczęścia w czasie polskiej zimy, która zimą być nie chce.

Planowanie miłych, fajnych rzeczy jest dla mnie lekiem na myślenie, że w przeszłości wielokrotnie dałam ciała, a moje plany rozbiły się o rzeczywistość. Teraz znów mam chwilę na tworzenie, nie tylko postanowień, ale i szkieletów projektów. Mogę działać w Nowym Roku na nowych płaszczyznach. I to jest fajne. I o tym powinniśmy myśleć, kiedy łapią nas te „ustawowe” gorsze dni. To co, może jeszcze zaplanujesz jakiś cel na 2020?

Jedna myśl na “Blue Monday, czyli wszystkie rzeczy, które mi się nie udały

  1. Planowanie jest z jednej strony okej, a z drugiej strony tak nie za bardzo. No dobrze, dlaczego okej? Uczy nas dyscypliny, organizacji i motywuje, ale też ogranicza i sprawia, że często gęsto, koniec końców, rezygnujemy z realizacji określonego punktu z naszej dopiętej na ostatni guzik, idealnej pod każdym kątem, tryskającej rozmaitą paletą kolorów listy. Bo przeraża nas fakt wyjścia z własnej strefy komfortu. Ale to już taka mała dygresja 🙂

    A Blue Monday to największa głupota jaką ludzie ludziom zafundowali. Basta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry